Opuścili Pana i służyli Baalowi i Asztartom. Wówczas zapłonął gniew Pana przeciwko Izraelitom, tak że wydał ich w ręce ciemiężców, którzy ich złupili, wydał ich na łup nieprzyjaciół, którzy ich otaczali, tak że nie mogli im się oprzeć. We wszystkich ich poczynaniach ręka Pana była przeciwko nim na ich nieszczęście, jak to Pan przedtem im zapowiedział i jak im poprzysiągł. I tak spadł na nich ucisk ogromny. Wówczas Pan wzbudził sędziów, by wybawili ich z ręki tych, którzy ich uciskali. Ale i sędziów swoich nie słuchali, gdyż uprawiali nierząd z innymi bogami, oddawali im pokłon. Zboczyli szybko z drogi, po której kroczyli ich przodkowie, którzy słuchali przykazań Pana: ci tak nie postępowali. Kiedy zaś Pan wzbudzał sędziów dla nich, Pan był z sędzią i wybawiał ich z ręki nieprzyjaciół, póki żył sędzia. Pan bowiem litował się, gdy jęczeli pod jarzmem swoich ciemiężców i prześladowców. Lecz po śmierci sędziego odwracali się i czynili jeszcze gorzej niż ich przodkowie. Szli za cudzymi bogami, służyli im i pokłon im oddawali, nie wyrzekając się swych czynów ani drogi zatwardziałości.

[Izraelici] "Oddawali im pokłon i drażnili Pana". Nigdy nie myślałem o moich upadkach i grzechach w kontekście drażenienia Pana. A w tym momencie uświadamiam sobie, że w naszym grzeszeniu jesteśmy dokładnie jak Izrael. Drażnimy, czyli testujemy Boga, ile On jeszcze jest w stanie wytrzymać. Przesuwamy tę graniczną linię Jego cierpliwości licząc na to, że Bóg nie będzie rzucał w nas piorunami. Problem nie polega jednak na tym, że na końcu testów jest rozdrażniony Bóg, ale że mogą nas zmiażdżyć konsekwencje naszych grzechów, a Bóg chciałby nam tego oszczędzić.